Polscy sędziowie wydają niesprawiedliwe wyroki, bo często nie znają życia.

Jedną z ważnych zmian, które mógłby dokonać minister Andrzej Czuma byłaby likwidacja aplikacji sądowej. Żeby sprawiedliwie sądzić, nie wystarczy znać prawo, ale też życie. Dlatego zawód sędziego powinien być zwieńczeniem kariery prawniczej, podejmowanym po zdobyciu doświadczeń adwokackich czy prokuratorskich.
Sądzenie wymaga wiedzy o ludziach i społeczeństwie. Takiej życiowej mądrości trudno się spodziewać nawet po prymusach aplikacji sądowej. Bo dzisiaj – przypomnijmy – wydawać wyroki można już w kilka lat po studiach prawniczych, zaliczając ustawowo przewidziane szkolenie zawodowe. W Polsce jest oczywiście wielu młodych, świetnie wykształconych i inteligentnych sędziów.
Jednak-niestety-zdarza się, że przez brak doświadczenia i dystansu wynikającego z wieku, drogi zawodowej czy też po prostu znajomości życia dochodzi do rażąco niesprawiedliwych wyroków.
Zdajemy sobie przecież sprawę, że prymus studiów politologicznych nie musi automatycznie zostać prezydentem czy premierem. Najlepszemu choćby absolwentowi szkoły oficerskiej, który nigdy w życiu nie był na pustyni, nie można powierzyć dowodzenia ekspedycją wojskową w Afganistanie. Podobnie jest z sędziami. Często brakuje im praktycznego doświadczenia. Prowadzi to do traktowania prawa w sposób mechaniczny.
O przykłady nietrudno. Często w sprawach wypadków drogowych orzekają młodzi sędziowie, którzy sami nigdy nie prowadzili samochodu. Bywa, że skazują kierowców, których wina nie jest oczywista, ale zdarzenie na drodze pasuje do konkretnego przepisu o „przestępstwach przeciwko bezpieczeństwu w komunikacji” (bo tak nazywa się stosowny rozdział kodeksu karnego). Z rzadka tylko przekonuje ich opis niuansów sytuacji na źle oświetlonych przejściach dla pieszych czy wskazanie na fatalne oznakowanie skrzyżowań. Trudno się spodziewać, by przepisy karne czy te o ruchu drogowym przewidziały wszystkie sytuacje na drodze. Tu potrzebne jest doświadczenie sędziego, ale z tym bywa różnie. Pamiętacie państwo słynny film „Dwunastu gniewnych ludzi”? Pokazano tam, jak owo życiowe doświadczenie jest ważne w wydawaniu wyroku, choć fabuła filmu dotyczy systemu sądownictwa dalekiego od naszego. Oto grany przez Henry’ego Fondę członek ławy przysięgłych sprytnie wykorzystuje doświadczenia kolegów, zwracając im uwagę na pozornie mało znaczące szczegóły w zeznaniach i zachowaniu świadków. I co się okazuje? Przysięgły okularnik przyznaje, że wszyscy okularnicy – w tym jeden ze świadków – mają skłonność do charakterystycznego pocierania miejsca, gdzie okulary opierają się o nos. Wprawdzie jeden ze świadków na rozprawie pokazał się bez szkieł, ale drapał się po nasadzie nosa. Wniosek – miał słaby wzrok, więc nie można mu wierzyć, jakoby z dużej odległości mógł widzieć szczegóły zabójstwa. A przecież żaden kodeks nie instruuje sędziego, czy należy ufać świadkowi masującemu sobie nos…
Oczywiście nie w każdym przypadku – tak w USA, jak i w Polsce – można uniewinnić oskarżonego. Ale nawet gdy zasłuży on na karę, na ogół sędzia ma pewne „widełki” jej wymiaru. I co się dzieje? Oto młodzi sędziowie, nie mając dystansu do rozpoznawanych zagadnień, lekką ręką skazują człowieka na los za kratami, wymierzając karę w pobliżu górnej granicy owych kodeksowych widełek. Robią to, będąc niespecjalnie świadomymi tego, że każdy dzień spędzony w więzieniu rujnuje ludzką psychikę. Nie zdają sobie sprawy, że w wielu przypadkach zbyt długie przebywanie w wiezieniu trwale wypacza człowieka, który miałby jeszcze szansę powrócić na ścieżkę uczciwego życia. Dlatego wszyscy uczestnicy procesów karnych powinni sobie uświadamiać – to nie rok, dwa czy pięć kary pozbawienia wolności. To setki i tysiące dni bez kontaktu z rodziną i znajomymi, bez ulubionych zajęć dających poczucie sensu życia. A przecież kara ma pełnić funkcję wychowawczą. Jeśli jest zbyt surowa, efekt może być wręcz odwrotny: degeneracja skazanego człowieka.
Z tych i wielu innych powodów w ubiegłym roku Naczelna Rada Adwokacka zaproponowała likwidację aplikacji sądowej lub znaczne jej ograniczenie, dopuszczając do sądów osoby z co najmniej kilkuletnim doświadczeniem z innych zawodów prawniczych, np. asystenta sędziego, adwokata, radcy prawnego czy prokuratora. Najlepiej, by do zawodu sędziego przychodzili ludzie w wieku 35-40 lat, czyli już doświadczeni, ale jeszcze aktywni i z szansami na awans w sądowniczej hierarchii. Musieliby uzyskać pozytywne opinie zarówno ze swojego samorządu zawodowego, jak też sędziów, którzy mieli z kandydatami styczność w sądzie. Konieczne byłoby przeszkolenie z metodyki pracy sędziego.
Zmiany w przepisach o sądownictwie powinny też dotyczyć kompetencji sędziego. Powinien on mieć większą swobodę orzekania, żeby nie musiał toczyć procesu o kradzież batonika za 60 zł. Bo przyczyną tak absurdalnych procesów jest nadmierna formalizacja procedury, czyniąca z sędziego urzędnika.
Gdyby wprowadzić te zmiany, sędziowska toga byłaby dla prawnika prawdziwą koroną jego kariery. Dla społeczeństwa korzyścią z takiego systemu byłaby poprawa jakości orzekania w sądach. O ileż mniej byłoby niesprawiedliwych wyroków, gdyby w trzyosobowym składzie sędziowskim zasiadał były adwokat, były prokurator czy były radca prawny lub dotychczasowy sędzia!
Taki melanż doświadczeń pozwoliłby na głębsze przemyślenie sprawy przed sądem z różnych punktów widzenia. To zwiększyłoby zaufanie społeczeństwa do wymiaru sprawiedliwości. A wyroki byłyby wydawane z większą odwagą – nie tylko według prawa, ale i po ludzku.

mec. Joanna Agacka-Indecka, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, tekst opublikowany w Polska The Times, w dniu 21.05.2009