Autor: biuroprasowe
6 października 2011

Ubiegający się w najbliższych wyborach o fotel premiera Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej w dniu 30 września br. wyraził następujący pogląd:

W polskim prawie obowiązuje zespół przepisów, które funkcjonują jako lex Gosiewski. Te przepisy, które umożliwiły znaczne rozszerzenie dostępu do zawodów prawniczych. Było 1,5 tysięcy osób na aplikacjach adwokackiej, radcowskiej, prokuratorskiej, a teraz jest 5 tys. Te przepisy okazały się skuteczne. My chcemy pójść jeszcze dalej. Chcieliśmy stworzyć zawód prawnika licencjonowanego, który by otworzył drogę do pracy prawniczej dla wielu ludzi, którzy inaczej takiej możliwości mieć nie będą. Mimo rozszerzenia dostępu do zawodów tradycyjnych chcieliśmy wprowadzić licencje I, II i III stopnia po odpowiednich egzaminach, ale bez współczynników korporacyjnych. To się na razie nie udało, ale chcemy to zrobić.

Trzeba koniecznie porównać tę wypowiedź z przemówieniem ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Nadzwyczajnym Krajowym Zjeździe Adwokatury w dniu 6 marca 2010 r. (miesiąc przed katastrofą smoleńską):
Sprawa dostępu do zawodu. To problem niezmiernie istotny. I z punktu widzenia łatwości obywatela czy organizacji obywateli w uzyskiwaniu pomocy prawnej, ale także z punktu widzenia równych szans. W Polsce co roku prawo kończy już może nie tak wiele osób jak przed kilku laty, ale w dalszym ciągu bardzo dużo. Zawód adwokata jest zawodem, który ma swoją wartość. Chętnych jest bardzo wielu. Stąd też obecnie obowiązujące zasady, które jednak ułatwiają dostęp do tego zawodu uważam za zasadę optymalną. Natomiast z drugiej strony nie wszystkie rozwiązania, które są planowane w niektórych środowiskach, które w rezultacie by w istocie utożsamiły zawód prawnika i zawód adwokata oraz radcy prawnego można uznać za odpowiednio dojrzały. Nie jestem zwolennikiem Polski korporacyjnej, jestem zwolennikiem Polski równych szans, ale we wszystkich planowanych rozwiązaniach trzeba zachować pewną dozę rozsądku. O to przede wszystkim mi chodzi. Dlatego też niech każdy młody absolwent ma prawo wolnej, równej konkurencji. Walczyć o to, żeby być np. adwokatem. Z tym, że mamy różne zawody prawnicze. I niech wygrywają ci, którzy są lepsi. Nie może to jednak oznaczać, że każdy kto skończy prawo jest adwokatem. W końcu 29 lat na wydziale prawa pracowałem. I mam dość dojrzałą ocenę, co może absolwent prawa, choć są oni oczywiście różni – bywają znakomici, ale nie możemy liczyć wszystkich według poziomu ludzi obdarzonych szczególnym talentem. Raz więc jeszcze chcę powtórzyć, że obecny stan trzeba doskonalić, ale nie trzeba wprowadzać zmian nadmiernie radykalnych.

Widzimy tu zasadniczą różnicę poglądów w sprawie przyznania absolwentom studiów prawniczych uprawnienia do prowadzenia spraw przed sądami. Należy zatem zapytać, co zmieniło się (oprócz gorączki przedwyborczej) w ciągu półtora roku, że Jarosław Kaczyński odrzuca tę dozę rozsądku, o zachowanie której apelował Prezydent Lech Kaczyński. Jeżeli bowiem gwarancją wolnego dostępu do zawodu miałby być egzamin państwowy bez – cokolwiek by to miało znaczyć – „współczynnika korporacyjnego”, to ten warunek został już spełniony i nie ma o co walczyć. W ciągu tego okresu przybyło przecież zarówno kilka tysięcy adwokatów i radców prawnych, jak i kilka tysięcy aplikantów na aplikacjach prowadzonych przez obydwa samorządy. W 2008 r. było ponad 3 tys. aplikantów adwokackich, a w samym roku 2011 jest ich już ponad 6 tys., nie wspominając o 12 tys. aplikantów radcowskich i 35 tys. wykonujących zawód radcy prawnego (a zatem myli się J. Kaczyński mówiąc o 5 tys. osób na obu aplikacjach, gdyż jest ich 18 tys.). Wydawałoby się zatem, że czas pracuje na korzyść tego rozsądku, gdyż dostęp do najwyżej kwalifikowanej pomocy prawnej zwiększa się w postępie geometrycznym i wszystko wskazuje na to, że tak będzie również w najbliższych latach.

Warto podkreślić, że wiele zmian politycznych zaczyna się od nieprawdy na poziomie semantycznym. Najlepszym tego przykładem jest nazywanie nas „korporacją”. Termin ten ukuły na naszych oczach media na zamówienie polityczne. Gdyby bowiem polityk oświadczył, że wypowiada wojnę samorządom zawodów zaufania publicznego, to być może społeczeństwo zastanowiłoby się, czy nie jest to zawłaszczenie przez państwo domeny oddanej społeczeństwu na mocy art. 17 ust. 1 Konstytucji (zgodnie z zasadą pomocniczości wyrażoną w preambule). Jeśli jednak mówi się o walce z monopolem korporacji, to tylko kłaniać się i zbierać brawa. Pozostaje jednak otwarte pytanie, czy kandydatowi na premiera szczycącemu się stopniem doktora nauk prawnych przystoi używać kolokwialnej nowomowy w miejsce terminologii prawnej (scil. konstytucyjnej)? Nie tak dawno próbowano odgórnie „połączyć” nasz zawód z radcami. I tu użyto tego samego wybiegu. Owo „połączenie” miało być przecież w zamyśle likwidacją dwóch samorządów i utworzeniem w ich miejsce nowego. Dlatego nie pozwalajmy na stosowanie wobec nas określenia „korporacja”, mającego negatywne konotacje, nazywajmy się samorządem i poprawiajmy rozmówców. Bo nie jest to wcale niewinna pomyłka.

Nigdy dość powtarzania, że Naczelna Rada Adwokacka protestując przeciwko tego typu populistycznym pomysłom, ma na względzie nie tyle obronę interesów członków samorządu lecz przede wszystkim dobrze pojmowanego interesu społeczeństwa. Wobec zjawiska hiperinflacji prawa już dawno wprowadziliśmy obowiązek corocznego szkolenia zawodowego dla każdego adwokata. Czy i jak dokształcać się będą tzw. doradcy prawni, skoro nikt nie będzie tego wymagał ani kontrolował – to pytanie retoryczne. Tylko my gwarantujemy zachowanie tajemnicy zawodowej. Dzięki egzekwowanym przez sprawny system dyscyplinarny zasadom etyki nasi klienci mogą być spokojni, że nie będziemy doradzać jednocześnie ich przeciwnikom. A kto zabroni takich praktyk magistrom prawa, skoro nie podlegają oni żadnemu nadzorowi? Tylko my dajemy gwarancję, że pełnomocnikiem nie będzie przestępca skazany przez sąd, np. za sfałszowanie dokumentu. Wreszcie, adwokaci mają obowiązkowe wysokie ubezpieczenie OC. O tym wszystkim jednak Jarosław Kaczyński milczy. A rzetelność wymagałaby, aby poinformować społeczeństwo także o realnych niebezpieczeństwach związanych z pomysłem licencji prawniczych dla osób po studiach.

Nie sposób porównywać błędu prawnika do błędu fryzjera czy krawca. Za przegranym procesem kryje się zwykle dramat człowieka. Raz przegranego procesu nie można „poprawić”, nie można powtórnie wnieść pozwu o to samo. Odsyłanie ofiar niedouczonych prawników na drogę sądową o odszkodowanie jest zafundowaniem społeczeństwu drogi często nierealnej. Czas przypomnieć, że Jarosław Kaczyński proponuje drogę, przez którą przeszła już Hiszpania. Kilka lat temu zniesiono tam aplikację adwokacką dając tytuł adwokata absolwentom prawa. Szybko jednak przywrócono aplikację – pod wpływem żądań społeczeństwa, które dość miało uczenia się młodych prawników dopiero na sprawach poszczególnych osób. Czy naprawdę musimy iść drogą, którą inne państwo przetestowało z negatywnym wynikiem?

Jedyną „barierą zamykającą dostęp” do zawodu jest w chwili obecnej wiedza kandydata, przystępującego do państwowego egzaminu. Czy to jednak źle, że od osoby chcącej prowadzić zawiłe sprawy prawne wymagamy określonego poziomu wiedzy? Czy naprawdę kandydat, który nie był w stanie udzielić stu poprawnych odpowiedzi w nietrudnym teście, powinien dostać w nagrodę prawo do reprezentacji klientów w sądzie bez konieczności przejścia aplikacji i egzaminu zawodowego?

Pełne upaństwowienie aplikacji adwokackiej i radcowskiej może przynieść nieoczekiwany skutek – niespotykane zamknięcie zawodów, z jakim już teraz mamy do czynienia na aplikacjach państwowych. Rocznie w całej Polsce państwo przyjmuje tylko 200 osób (!) na aplikację ogólną, która szkoli przyszłych sędziów, prokuratorów, referendarzy i asystentów sędziego, a z tego grona tylko szczupła garstka najlepszych będzie kontynuować naukę na aplikacji sędziowskiej i prokuratorskiej.

Trzeba też zapytać, jak sobie radzą beneficjenci lex Gosiewski i czy są zwolennikami dalszego „otwierania” drogi do zawodu – przez utworzenie zawodu quasi-adwokackiego, z niemal wszystkimi jego uprawnieniami, ale bez żadnych obowiązków. Prawa ekonomii są bezlitosne. Nie da się w nieskończoność obniżać kosztów i zysków. Część adwokatów i radców raczej zmieni profesję, niż będzie pracowało „po kosztach”. Widmo pauperyzacji środowiska nie jest już bajką o żelaznym wilku, ale kwestią kilku lat. Już teraz zdarza się, że kancelarie nie są w stanie utrzymywać dalszego zatrudnienia personelu pomocniczego, a przecież rzutuje to bezpośrednio na stopę bezrobocia w kraju. Co więcej, już teraz niektórzy nasi koledzy odchodzą z zawodu właśnie z powodów ekonomicznych.

Media często powtarzają mit o rzekomej drożyźnie usług prawniczych. Najchętniej ilustrują je przykładami stawek stosowanych przez międzynarodowe kancelarie sieciowe, zorientowane na obsługę dużych podmiotów giełdowych i wyprowadzają z tego ogólne wnioski. To tak, jakby ktoś wszedł do salonu firmowego Jaguara, zapytał o cenę najdroższego modelu i stwierdził: „no cóż, nie stać mnie na samochód”. W 2009 r. przy okazji I Ogólnopolskiego Dnia Bezpłatnych Porad Prawnych NRA poprosiła adwokatów biorących udział w akcji o wypełnienie anonimowej ankiety, w której pytaliśmy o cenę porady w danej kancelarii. Najczęstszymi odpowiedziami było „100 zł” i „50 zł”, a zdarzały się jeszcze niższe ceny. Średnia z tych ankiet (a grupa była reprezentatywna, gdyż w akcji wzięło udział ok. 900 adwokatów) wyniosła 80 zł. Drogie panie, ile płacicie fryzjerowi, którego – śmiemy twierdzić – odwiedzacie znacznie częściej, niż adwokata?

Zarówno Naczelna Rada Adwokacka, jak i samorząd radcowski niedawno robiły za pośrednictwem renomowanych, niezależnych pracowni badań opinii publicznej ankiety. Pytali Polaków czy i jak często korzystają z usług prawników oraz co jest przyczyną niekorzystania. Wyniki były wiele mówiące. Znakomita większość respondentów nigdy nie korzystała z usług żadnego prawnika, a jeżeli już, to z notariusza (ponad 50% odpowiedzi spośród osób korzystających) – bo tej usługi nie da się w obrocie nieruchomościami uniknąć. Jedynie mały procent (od 1 do 5%) respondentów wskazał, że przeszkodą była cena. Gdy jednak ankieterzy dopytywali, czy respondent dowiadywał się sam o cenę, w większości odpowiadano, że nie, ale „słyszał, że jest drogo”. Co ciekawe, na pytanie, do kogo respondent udałby się, gdyby miał problem prawny, najczęstszymi odpowiedziami były „rodzina”, „znajomi i sąsiedzi”, a dopiero na kolejnym miejscu „prawnik”. A zatem jasno widać, że to nie cena, a mentalność Polaków i niski poziom świadomości prawnej są rzeczywistą przyczyną niekorzystania przez obywateli z profesjonalnej pomocy prawnej. Bez edukacji społeczeństwa stan ten nie ulegnie zmianie, nawet gdyby kancelaria była na każdym rogu.

W kraju, gdzie cały czas można obserwować wzrost tendencji paternalistycznych, gdzie rozbudowuje się aparat administrowania i nadzoru nad prawie każdą życiową czynnością, a regulacje unijne zajmują się kształtem i wymiarami bananów, epatuje się społeczeństwo dla doraźnych celów politycznych zwodniczą tezą, że wolny rynek w zawodach prawniczych będzie skutecznym antidotum na wszystkie bolączki systemu prawnego. Zamiast zatem przyczyniać się do wzrostu świadomości i kultury prawnej, przyklaskuje się wcześniej wspomnianemu zbiorowemu mniemaniu, że problem prawny – jako że wymaga tylko pracy intelektualnej, a nie „fachu w ręku”, może być rozwiązany przez każdego – rodzinę, doświadczonego sąsiada, sprytnego kolegę z pracy i internet. Przy takim przekonaniu, rzeczywiście samo złożenie egzaminu magisterskiego z prawa na jakiejkolwiek wyższej uczelni, z jakimkolwiek wynikiem stanowi więcej niż wystarczającą rękojmię skutecznej i rzetelnej pomocy. W końcu coś wymyślić potrafi każdy. Niektórych pomysłów lepiej by było jednak nigdy nie wprowadzać w życie. Kto bowiem weźmie odpowiedzialność za ich skutki?

Adw. Małgorzata Gruszecka,
Adw. dr Monika Strus-Wołos

Autorki są członkiniami Prezydium Naczelnej Rady Adwokackiej